Czosnek nie prosi o pozwolenie. Czosnek wchodzi.
Cebula, o której niedawno śpiewaliśmy balladę, ma przynajmniej odrobinę melancholii. Pozwala się obierać warstwa po warstwie, wzrusza człowieka do łez i zachowuje przy tym pewną literacką przyzwoitość. Czosnek nie ma takich manier. Czosnek pojawia się w kuchni jak krewny, którego nikt nie zaprosił na wesele, lecz który i tak przyszedł, usiadł przy stole i po godzinie prowadzi całą rozmowę.
Jeden ząbek wystarczy. Dwa oznaczają deklarację ideową. Pięć jest już ustrojem politycznym. A cała główka to zamach stanu.
Czosnek należy bowiem do tych produktów, wobec których trudno zachować obojętność. Można mieć neutralny stosunek do pietruszki. Można przez całe lata pozostawać w poprawnych stosunkach dyplomatycznych z selerem. Marchewka raczej nikomu nie rozbiła rodziny. Czosnek natomiast dzieli ludzkość na tych, którzy pytają: „Naprawdę aż tyle?”, oraz tych, którzy odpowiadają: „Przecież prawie nic nie dałem”.
Koala należy oczywiście do drugiego stronnictwa.
W mojej rodzinnej historii istniała jednak również partia zdecydowanie antyczosnkowa. Moja Teściowa, svietoj pamiati, czosnku nie cierpiała. Była to jedna z tych fundamentalnych różnic ontologicznych, których nie da się przezwyciężyć argumentacją. Można dyskutować o polityce, papieżu, podatkach, pogodzie i metafizycznej naturze pierogów. W kwestii czosnku człowiek po prostu jest po którejś stronie pola.
Ja jestem za czosnkiem. Aš ir česnakas. My się rozumiemy.
Czosnek jest przy tym fascynującym przykładem kuchennej przemiany. Surowy gryzie, prowokuje i wywołuje natychmiastową reakcję otoczenia. Wrzucony na patelnię łagodnieje. Pieczony zaczyna przypominać niemal kogoś, kto po burzliwej młodości kupił domek na prowincji i hoduje hortensje. Staje się miękki, słodkawy, kremowy. Nadal pamiętamy, kim był, ale dokumentacja policyjna została zamknięta w archiwum.
Tu jednak zaczyna się dramat. Czosnek można spalić. Nie należy tego robić.
Spalony czosnek jest kulinarną zemstą materii za ludzką nieuwagę. Jeszcze przed chwilą pachniał obietnicą kolacji, a kilka sekund później oznajmia, że wszystko będzie gorzkie i możemy sobie właściwie zamówić pizzę. Dlatego czosnek wymaga obecności.
I tu, niestety, Koala znowu zaczyna filozofować.
Bo czosnek jest produktem relacyjnym par excellence. Sam niewiele znaczy. Jego sens pojawia się dopiero pomiędzy: czosnkiem a oliwą, czosnkiem a pomidorem, czosnkiem a masłem, czosnkiem a ziemniakiem, czosnkiem a mięsem, czosnkiem a grzybem, czosnkiem a kromką dobrego chleba.
Najpiękniej dzieje się to chyba w spotkaniu czosnku z oliwą. Niby nic. Dwa składniki, patelnia, odrobina ciepła. A jednak właśnie tam wydarza się jedna z podstawowych scen kuchni śródziemnomorskiej. Aromat przechodzi do tłuszczu, tłuszcz niesie go dalej, a kuchnia przestaje być miejscem i staje się polem oddziaływania. Sąsiad jeszcze nie wie, co gotujemy, ale już uczestniczy.
I może właśnie dlatego czosnek bywa kłopotliwy. Nie respektuje granic.
Zapach czosnku nie uznaje suwerenności osobistej. Przechodzi przez kuchnię, przedpokój, ubranie, rozmowę i następny poranek. Czosnek jest przeciwnikiem filozoficznego indywidualizmu. Po zjedzeniu czosnku człowiek odkrywa, że naprawdę istnieje w relacji z innymi ludźmi, zwłaszcza kiedy próbuje z nimi rozmawiać z niewielkiej odległości.
Ale przecież wielka kuchnia nie powstaje ze strachu przed konsekwencjami. Powstaje z odwagi.
Trzeba tylko wiedzieć, kiedy czosnek posiekać, kiedy zmiażdżyć, kiedy zostawić w całości, kiedy wrzucić go później, a kiedy pozwolić mu siedzieć w piekarniku tak długo, aż cała jego bezczelność zamieni się w łagodność.
Nie należy natomiast próbować zrobić z czosnku czegoś, czym nie jest. Czosnek nie chce być subtelną dekoracją. Nie chce leżeć na talerzu pod kątem czterdziestu pięciu stopni obok trzech kropli emulsji z czegoś, czego nazwy kelner nauczył się rano. Czosnek chce pracować. Ma wejść w materię potrawy, zmienić jej napięcie, zostawić ślad. Czasem wystarczy cień. Czasem potrzeba całej główki. Kuchnia zaczyna się właśnie od rozpoznania różnicy.
Dlatego czosnek zasługuje na balladę. Nie dlatego, że jest szlachetny. Nie dlatego, że jest delikatny. I nawet nie dlatego, że bez niego pół naszej kuchni zrobiłoby się podejrzanie grzeczne. Zasługuje na nią dlatego, że doskonale przypomina nam, czym jest smak. Smak nie jest spokojem.
Smak jest napięciem pomiędzy składnikami. Jest spotkaniem. Jest ryzykiem. Czasami jest również koniecznością otwarcia okna. A jeżeli następnego ranka ktoś zapyta, czy wczoraj jedliśmy czosnek, istnieje tylko jedna odpowiedź godna Koali: Nie. To czosnek jadł nas. 🐨🧄

Dodaj komentarz