Fenomenologia kiszenia i inne sprawy ostateczne
Są warzywa, które od początku wiedzą, kim chcą być. Marchew jest marchewką i raczej nie prowadzi w tej sprawie negocjacji. Burak wprawdzie potrafi zmienić otoczenie na czerwone, lecz sam pozostaje niewzruszony w swojej buraczaności. Ziemniak ma ambicje społeczne, występuje jako puree, frytka, kopytko, placek i pyza, ale nawet wtedy człowiek czuje, że pod wszystkimi tymi kostiumami siedzi ten sam kartofel. Ogórek natomiast jest istotą dramatyczną. Ogórek staje się.
Na początku jest świeży. Zielony, chrupiący, trochę naiwny i zdecydowanie zbyt pewny własnej niewinności. Leży sobie na grządce, potem na straganie, nie przeczuwając nawet, że Wszechświat przygotował dla niego słoik.
Ogórek świeży żyje jeszcze w stanie przedmetafizycznym. Można go pokroić do mizerii, rzucić do sałatki albo chrupać bezpośrednio, najlepiej z odrobiną soli. Jest przyjemny, rześki, wodnisty. Nie ma jednak doświadczenia. To ogórek, który nie zaznał jeszcze zalewy.
A potem przychodzi fermentacja.
Małosolny, czyli ogórek w drodze
Małosolny jest najpiękniejszym dowodem na to, że byt nie musi być zakończony, żeby był znakomity. Nie jest już świeży, ale nie jest jeszcze naprawdę kiszony. Tkwi gdzieś pomiędzy. Czosnek już do niego przemówił. Koper dał mu pierwszą lekcję dojrzałości. Sól zaczęła pracować nad charakterem, ale środek wciąż pamięta młodość. To ogórek fenomenologiczny par excellence.
Gdy go gryziemy, spotykają się dwie rzeczywistości: dawna chrupkość i rodząca się kwaśność. W jednym kęsie obecne jest „jeszcze” i „już”. Małosolny nie posiada tożsamości ustalonej raz na zawsze. Jest trajektorią.
Dlatego jego żywot bywa krótki. Jeszcze wczoraj był prawie świeży, dziś jest doskonały, pojutrze zaś może już przekroczyć granicę, zza której nie ma powrotu. Człowiek zagląda do słoika i odkrywa ze zdumieniem, że czas istnieje. Filozofowie pisali o tym całe biblioteki. Wystarczyło kisić ogórki.
Kiszony, czyli charakter po przejściach
Ogórek kiszony nie udaje już nikogo. Przeszedł przemianę i zaakceptował konsekwencje. Jest kwaśny, wyrazisty, czasem piekielnie chrupiący, czasem bardziej miękki, ale zawsze mówi własnym głosem. Najważniejsze jest jednak to, że ogórek kiszony nie powstaje samotnie.
Potrzebuje soli, wody, czasu, mikroorganizmów i najczęściej towarzystwa przypraw. Jego ostateczna postać jest rezultatem relacji. Gdyby był filozofem, prawdopodobnie oznajmiłby z wnętrza słoja, że samowystarczalność jest mieszczańskim przesądem, po czym zażądał jeszcze gałązki kopru.
Kiszenie jest bowiem jedną z tych kuchennych czynności, w których człowiek rozpoczyna proces, ale nie sprawuje nad nim absolutnej władzy. Może przygotować warunki. Może dobrać proporcje. Może obserwować. Potem jednak w słoiku rozpoczyna się życie własne, ciche, bulgoczące i nieco anarchiczne.
I bardzo dobrze.
Kiszony czy kwaszony?
W polszczyźnie oba słowa bywają używane zamiennie, choć „kiszony” ma dziś przewagę emocjonalną. Brzmi swojsko, piwnicznie, babcino, garnkowo. „Kwaszony” brzmi bardziej urzędowo. Jakby ogórek musiał najpierw wypełnić formularz KWAS-17 i otrzymać decyzję administracyjną.
Tymczasem prawdziwego bohatera poznajemy nie po nazwie na etykiecie, lecz po tym, co wydarzyło się w środku. Istotą rzeczy jest przemiana. Ogórek po fermentacyjnych przejściach nie jest ogórkiem udającym kwaśność. On kwaśność przeżył.
I tutaj dochodzimy do kuzyna nieco podejrzanego: ogórka konserwowego. Ten również bywa kwaśny, lecz jego kwaśność ma inny charakter. Jest elegancko przygotowana, zaplanowana, doprawiona. To ogórek w marynarce. Bywa znakomity, szczególnie tam, gdzie potrzeba słodko-kwaśnego kontrapunktu, ale do filozoficznego słoika kiszonki wchodzić nie powinien. Nie dlatego, że jest gorszy. Przeszedł po prostu inną drogę życiową.
A potem przychodzi ogórkowa
I dopiero tutaj wszystkie wcześniejsze doświadczenia nabierają sensu.
Ogórkowa nie potrzebuje ogórka niewinnego. Potrzebuje bohatera po przejściach. Takiego, który widział słoik od środka, przeżył fermentację, nasiąkł czosnkiem i koprem i nauczył się, że kwaśność nie jest wadą charakteru. Bo dobra ogórkowa nie jest zupą z ogórkiem. Jest zupą o ogórku.
Ogórek wnosi do niej napięcie. Rosół czy wywar daje tło, ziemniak zapewnia spokój społeczny, marchew próbuje wszystko ocieplić, śmietana łagodzi obyczaje, ale to ogórek wchodzi do garnka i oświadcza: „Dobrze, dobrze. A teraz będzie po mojemu.” I zupa natychmiast wie, kim jest.
Może właśnie dlatego kiszony ogórek zasługuje na osobną balladę. Jest jednym z najskromniejszych mieszkańców polskiej kuchni, a jednocześnie ucieleśnia zasadę nader poważną: tożsamość nie zawsze jest czymś, co się posiada. Czasem jest czymś, przez co trzeba przejść.
Najpierw grządka. Potem sól. Potem słoik. Potem czas. A na końcu ogórkowa. I żadnego z tych etapów nie należy przyspieszać, bo nawet ogórek musi mieć chwilę, żeby zostać sobą.

Dodaj komentarz