A może winą? Takie jakieś zawirowania, które objęły mój świat, zmuszają mnie do bolesnych przemyśleń, a te w niczym nie pomagają. Otóż Europa rolnicza, moim zdaniem, oszalała. Nie będę rozważał implikacji i aspektów ukraińskiej obecności, ani opłacalności produkcji mięsa, te bowiem są poza zasięgiem mojego intelektu, zresztą mięsa nie jem, a i chleba coraz mniej.
Na tych łamach zajmuję się winem, może po dyletancku, ale jednak, a więc patrzę na sytuację z punktu widzenia małozamożnego klienta witryn z winem. Od kilku lat staram się zwrócić uwagę na fakt, że całkiem słuszna obrona tradycji w wykonaniu chociażby Nossitera, przywiązanie do terroir i wartości smakowych bardziej skłaniających do arystokracji, niźli do konsumpcji masowej, spowodują, że tacy jak ja pozbawieni zostaną dostępu do prawdziwego wina.
Bunt rolników, wytwórców rolnych, uprawców winorośli i uczciwych winiarzy prowadzi do przemyślenia wartości, czyli do drożyzny. Jeśli uprzemy się, aby nie sprzedawać litra wina poniżej wartości produkcji, a więc jeśli zgodzimy się wylać takie wino raczej, niż udostępnić klientom na rynku, to pozostanie świadomość, że nasz produkt stanie się dostępny tylko dla 1 procenta światowej populacji.
Co tam słychać z winem?
To nie jest wyłącznie sprawa dla Picketty’ego, ani podobnych specjalistów. Sprzeczność pomiędzy postępem i tradycją staje się sprzecznością między drogim i tanim, niedostępnym i dostępnym. Świat znów zatoczył krąg i nagle staje przede mną czas rewolucji, po której nie wiem, co pozostanie. Wypada zaśmiać się w gębę Fukuyamie wieszczącemu koniec historii.
Dodaj komentarz