Z cyklu teksty z antologii.
Gdzie Béla Hamvas – moim zdaniem – błądzi? Coś siedziało mi za uszami i nie pozwalało bezkrytycznie oddać się pomysłom wspaniałego Węgra, lecz nie bardzo wiedziałem, co przeszkadza, uwiera, jak gwoździe w podeszwie (chociaż teraz nawet gwoździ w podeszwach nie ma).
Obejrzałem sobie niezły dokument Martina Scorsese o George’u Harrisonie Living in the Material World i w pewnym momencie przy rozważaniach o mistycyzmie, mantrach i medytacji dotarło do mnie, że do życia (absolutu, istoty, Boga, jak kto chciałby to nazwać) nie potrzeba pośredników, czy też narzędzi. Nie mogę wyznawać religii dobrej, ani złej, muszę Boga, czyli życie przeżywać, nie mówić o Nim.
Dlatego też (wiem, że stąpam po grząskim gruncie) nie wolno chronić się (jak Hamvas) w racjonalizacjach wyjaśniających, że do dobrej religii potrzebna jest euforia, tę zaś zapewnia wino, bowiem życie samo jest euforią i jeśli przeżywane (nie zaś wyznawane), nie potrzebuje zewnętrznych narzędzi. Owszem, jest wino kolejnym smakiem w milionach smaków, jakie życie nam oferuje, powinniśmy te smaki poznawać i wielbić, jeśli dobre w naszym mniemaniu, natomiast nie wolno nam z nich tworzyć kolejnego idola zasłaniającego Istotę.
Picie więc wina i oceny z picia wynikające stają się raczej mantrami wspierającymi medytację, nie mogą jednak tej medytacji zastąpić.
Dodaj komentarz