Z cyklu teksty z antologii.
To taki trochę akademicki kij w mrowisku. Dyskusja, której zwieńczeniem jest ostatni wpis Pana Sławomira Chrzczonowicza w Winicjatywie (tekst tutaj) przypomina poszukiwanie dziurki tam, gdzie rura służąca z natury swojej do melioracji jest perforowana. Zaczęła się od prowokacyjnego stwierdzenia tegoż Pana Chrzczonowicza, jakoby blogerzy winni jemu, jako importerowi, do niczego nie byli potrzebni, co spowodowało oczywiste reperkusje wynikające z urażonych ambicji.
Wiem, że tekstem moim wciskam się coś jakby między flaszkę, a zakąskę, jako że środowisko za blogera winnego mnie nie uważa, dając to niekiedy boleśnie do zrozumienia, jednakże sprawa dotyczy pryncypiów i pomieszania pojęć, a mój temperament kiepskiego nauczyciela nie znosi bałaganu w głowach, chyba że jest to bałagan celowy i może przynieść określone profity.
Bloger ze sprzedażą wina nie ma nic wspólnego. Bloger to literat, a blog tworzy, bo w ogóle tworzy.
Skłaniam się tutaj do takiego pojmowania blogerstwa, jakie można znaleźć chociażby w tekstach Tomka Tomczyka, a więc uważam, że bloger zmierza ku Sztuce (och, co za wielkie słowa), a reklamowanie półek w sklepie może mu być pomocne jedynie jako zabieg artystyczny. W takim rozumieniu sporo blogów zajmujących się promocją wina zarejestrowanych w Blogosferze wcale blogami nie jest, rzecz dotyczy źle stosowanej terminologii, a nawet szamani słowa powinni być w myślach i wypowiedziach precyzyjni.
Nic tak nie psuje powietrza, jak niewiedza o własnych pobudkach, wynikająca z ignorancji. Absolutnie nie znam się na winie, natomiast pisząc o nim, staram się oddzielać takie teksty od reszty i umieszczam je w kategorii „recenzje”, gdyż służą one wyłącznie pozycjonowaniu całej reszty. Inną sprawą jest, że wielu czytających moje strony lubi je i moje wysiłki szanuje, staram się – bowiem – moje recenzje pisać uczciwie, wcale nie licząc na jakiekolwiek profity od importerskiego zaplecza.
Blogerem nie jestem z powodu tego, że piszę o winie, lecz dlatego, że w ogóle piszę i publikuję w Sieci, a importerzy wina nie są mi do niczego potrzebni, chyba że czasami się z którymś napiję (za moje własne pieniądze).
Trochę w tym winy Winicjatywy, która określiła kiedyś nazwą „blogosfera” wszystkich tych, którzy zarejestrowali się w portalu i publikują raz na jakiś czas wlewając wino do tekstów. Rozumiem taki zabieg, z punktu widzenia obecności w Sieci ma on dla Winicjatywy kapitalne znaczenie (zwłaszcza pozycjonerskie), jednakże wrzucanie wszystkich do jednego worka tworzy bałagan, a w brudnej wodzie żerują bakterie i drapieżniki.
Świadom jednak poza tym, że i tak świata nie zmienię, zresztą wcale nie zamierzam, oddalam się (po zjedzeniu budyniu doktora Oetkera) teraz w koronę eukaliptusa po to, aby strzelić sobie drzemkę. I to by było na tyle.
Dodaj komentarz