Pierre Chanau Mâcon Appellation Beaujolais Contrôlée, rocznik 2013, w cenie 27,00 PLN za butelkę (0,75 litra) zakupione w markecie B1, Białystok (czerwone wytrawne, szczepy: gamay). Wino sygnowane przez Pierre Chanau – Francja, butelkowane przez Morin Père & Fils – Francja.
Jedna ze ścieżek do Makondo, które przyciągać zaczyna, ukryte gdzieś pomiędzy przejechanymi kilometrami, kiedy to byłem w stanie za jednym podejściem spod Katowic przez Drezno, Aachen, Liege, Reims, Troyes dojechać do Auxerre, tam zjeść porządny obiad, wypić flaszkę picheta, przespać się w oberży przy szosie i jechać dalej, za czymś, czego do teraz nie potrafię określić. Wtedy pod Katowicami spotkałem na drodze sarnę. Ta chciała koniecznie skoczyć mi pod koła, zahamowałem, zatrzymała się, popatrzyła i poszła sobie w przydrożne laski, potem znów ją spotkałem tuż za wjazdem granicznym do Belgii, późno było, oczy bolały, przychodziło zmęczenie, znów mi wskoczyła nieomal pod koła, zatrzymała się, popatrzyła i w przydrożnym lesie zniknęła, lecz czy za każdym razem pojawiając się po to, by zawiesić w pędzie, a może odhaczyć kontrolnie? W oberży pod Auxerre byłem kilka razy, czy to dlatego, że smakowało mi tam jedzenie, czy też była w niej jakaś Urszula, którą do lady chciałbym przyciskać, konkretnej nie pamiętam, uczucie naprężenia wtulając się w wyobrażone ciało goniło przez pół Europy i nigdy nie spełniło się na tyle, abym przestał o nim myśleć, siedzi gdzieś, jak zadra, czasami przechodzi, kiedy długo patrzę na jezioro za łąką, na jesiony, może na dęby pod Wieliczką. Za Auxerre skręcając w lewo w departamentalną jechałem do Chablis, potem wracałem znów do Auxerre, departamentalną docierałem do Yonne, siadałem nad rzeką, potrafiłem siedzieć godzinami zawieszając rzeczywistość w patrzeniu na wodę za drogą, potem przez Vézelay, Avallon, Chalon, Bourg-en-Bresse goniłem do autostrady na Turyn, ale to już inne Makondo i inne wina, i inne spełnienie. Tak zbierałem plamy, smaki, powstawał z tego i ciągle powstaje miszmasz, który trochę jak prustowska magdalenka buduje we mnie Swanna i z którego, pijąc niektóre butelki wina, wychyla się figlarnie jakieś wspomnienie, może za intymne, bym się nim publicznie dzielił, a może zbyt skomplikowane i zatrzymujące się przed brakiem umiejętności opisu. Niech sobie tam jeszcze posiedzi, wychylając się do spodziewanej publiczności, każdy ma swoją kolejkę, wszystko cierpliwości wymaga, a w ostatecznej instancji nie my o narodzeniu decydujemy.
Mâcon wypite z Rolandem w Maître-Camps siedzi w głowie do teraz, tworząc mój archetyp gamay, chociaż nie powstał on z wiedzy o smakach, lecz bardziej z atmosfery tamtego picia na tarasie z widokiem na ogród. Przekazać o nim wiedzę znaczyłoby przekazać wszystko, co wiem o Rolandzie, a przecież łapię się na tym, że nic już o nim nie wiem, zniknął – bowiem – gdzieś, odszedł w przeszłość, jak wszystko, nie odpowiada na powtarzane zaproszenia, chociaż w sieci ciągle trwają jego koordynaty i wisi chęć wypicia może ze stu podobnych Mâcon i przejechania razem kolejnych tysięcy kilometrów. Na szczęście Burgundia nadal istnieje, niezależnie od własnej, w której uwiłem sobie gniazdo z niezrealizowanych pragnień i zawsze będzie do czegoś wracać, dyskutując, przepraszając, kłócąc się, pijąc po to, by zagłuszyć samotność.
Pierre Chanau Mâcon AOC 2013
Barwa wiśniowa jasna, nos pierwszy malinowy, nos drugi z odrobiną mokrej psiej sierści, nos trzeci z dymem ogniska, a wszystkie potężne i okraszone odrobiną alkoholu. W nasmaku oleiście zaczepione na podniebieniu i wybuchające kwaśnością wiśniową, nieco cytrynową, zwartą, skoncentrowaną, okrągłą, która w śródsmaku uzyskuje dodatkowo smak wędzonki, a w posmaku długo zawiesza się szałwią i wiśniami bez cukru. Koncentracja znakomita. Ale nie polecam bo vredit zdorovju.
Dodaj komentarz