Z cyklu teksty z antologii.
Mój wielce szanowny kolega w Genui, znawca kuchni i win wszelakich, od pewnego czasu śledzi los tego bloga. Wreszcie nie wytrzymał i przysłał mi sms, w którym stwierdził: “Jeżeli to są wina, którymi się codziennie raczysz, to powinieneś zdawać sobie sprawę, że żaden normalny Włoch nie wziąłby ich do ust…” (chodzi przede wszystkim o wina włoskie, które od czasu do czasu tutaj się pojawiają).
Czym staje się więc mój ranking win dla ludzi biednych patrząc z tego punktu widzenia? Wracam do punktu wyjścia, kiedym to pisał rozpoczynając winne peregrynacje, o handlu i etyce, o włoskim sposobie widzenia reszty świata, o zysku i masach. Na szczęście za oknem jeszcze świeci słońce, na drzewach trochę jesiennych owoców, których robaki nie zjadły, winogrona na krzaku ciemnieją, więc i łatwiej takie opinie przełykać…
Dawno temu bliscy znajomi we Włoszech mówili mi już o takim zjawisku: wino kupione we Włoszech, w dowolnym sklepie, piwnicy, markecie to nie jest to samo wino, które można kupić chociażby w sąsiedniej Austrii, o Polsce wtedy nikt jeszcze mówił. Na własny rynek żaden producent nie ośmieliłby się wrzucić produktu, którego włoscy konsumenci nie zaakceptowaliby, po prostu przestałby istnieć. A za granicą?
Tam mieszkają barbarzyńcy, oni nie znają się na niczym, a jeśli chcą napić się dobrego wina, niech do nas przyjeżdżają. Prawda, że jest w tym jakaś logika? Potem opracowałem sobie sposób, jechałem bezpośrednio do winnicy i kupowałem u producenta, w dużych 25 litrowych balonach młode wino prosto z kadzi, które dostawałem za 1 Euro litr, bez ryzyka podróbek (to zresztą wszystkim lubiącym zjeść ser popijając kieliszkiem czerwonego doradzam, jeżeli nie chodzi im o wielkie marki, beczki, nazwy pochodzenia, a po prostu o napicie się dobrego zwykłego wina).
No tak, ale po to trzeba zrobić minimum 1200 km i lubić podróże… A Włochów trzeba albo kochać, albo nienawidzić, trzeciej opcji nie ma…
Dodaj komentarz