Z cyklu teksty z antologii.
Jedynie autorytety mogą próbować zaistnieć w sieci po to, aby wypełniać zadania edukacyjne, w naszym przypadku po to, aby rafinować smak masowego winnego klienta. Potwornie trudne zajęcie, także z powodu czysto fizycznych ograniczeń. Dajmy na to: autorytet znajduje znakomite wino, pragnie podzielić się jego znakomitością z masowym odbiorcą, ale musi napisać prawdę, że wino to dostępne jest jedynie, powiedzmy w Częstochowie, w piwnicach tamtejszego dystrybutora.
Już to ogranicza możliwości wpływu na masowość. Swoisty elitarny charakter kłóci się tutaj z pragnieniem dotarcia do wszystkich. Pozornie drobna sprawa, a przecież o fundamentalnym znaczeniu. Jeżeli Internet i jego autorytety chcą wpływać na masowego odbiorcę, muszę zrezygnować z elitarności po prostu po to, aby nie popadać nieustannie w sprzeczność z powodu braku możliwości weryfikacji ich opinii w ramach klienckiego mlaśnięcia ozorem w kieliszku.
Trudno mi jechać po wskazane dobre wino na drugi koniec Polski, a stać mnie jedynie na zakupy w pobliskiej Biedronce (w przypadku wina sklepom internetowym troszeczkę nie dowierzam, to nie drukarka, czy też telewizor). Opowiadania o wspaniałej degustacji, która odbyła się w ramach targów w Budapeszcie, jest trochę ustawianiem masowego internetowego klienta za szybą witryny cukierni, do której nas nie wpuszczą.
Owszem, może to rozbudzać ambicje, niektórzy zechcą wspiąć się na wyżyny i zaczną uczestniczyć, dla większości jednak może to okazać się kolejną przyczyną frustracji, a ta – jak wiadomo – rodzi agresję i tak dalej, i tak dalej. Tak więc, aby Internet winny spełnił edukacyjną smakotwórczą rolę, powinien opisywać zjawiska dostępne i łatwe do zrealizowania.
Skazany więc jest na opisywanie sytuacji winnej w dużych sieciach, gdyż one docierają do wszystkich. I znów pułapka smaku nie-smaku dla masowego klienta i amerykański wzorzec à la “carlo rossi”. Trochę się kręcę za własnym ogonem i czyżby nie było tutaj żadnego sensownego rozwiązania?